Listy z Syberii 1863 Drukuj
Wpisany przez Administrator   
Wtorek, 18 Listopad 2008 10:24

"Człowiek jest surowym materyałem, z którego wychowanie albo arcydzieło, albo potwora zrobić może. Przyjemnie jest mi wiedzieć, że czujesz ważność tych zatrudnień. Gdybyż się tak wszędzie działo, to wpłynęłoby to na szczęście rodzin, a przez rodziny na Naród"


(List z 6 maja 1864 r.)
Rady z Syberii
    

    
W roku wybuchu Powstania Styczniowego warszawski kupiec Leon Krupecki udał się - przymusowo - na Wschód, a ściślej rzecz biorąc, na Daleką Północ. W listach do najbliższych zawarł pamiętnik swojego duchowego dojrzewania na zesłaniu; jego leitmotivem są wskazówki dotyczące wychowania piątki dzieci. Wiele z nich brzmi zaskakująco aktualnie, a nawet - choć może się to wydawać paradoksalne - bardzo nowocześnie. Mogą i dziś przydać się rodzicom zatroskanym, by nie zmarnować szansy, jaką jest wychowanie dzieci w bezpiecznych ścianach rodzinnego domu.

Pierwowzór Wokulskiego
Leon Krupecki to barwna postać związana z XIX-wieczną Warszawą. Ród Krupeckich od pokoleń zamieszkiwał południowo-wschodnie Kresy Rzeczypospolitej. Atanazy Krupecki (1570-1651) był władyką unickim i biskupem przemyskim i samborskim; Andrzej Grzegorz Krupecki (1644-1725) - rektorem Akademii Krakowskiej; Łukasz Krupecki, dziad Leona - właścicielem majątku pod Kaliszem, w 1798 r. uzyskał potwierdzenie szlachectwa.


Sytuacja majątkowa rodziców Leona, Romualda i Józefy ze Szczepanowskich była na tyle trudna, że bohater tej opowieści był zmuszony wcześnie się usamodzielnić i zarabiać na swoje utrzymanie. (Ojciec pracował w administracji majątku Lubomirskich w Przemyskiem). Kariera zawodowa i późniejsze dzieje Leona Krupeckiego tak bardzo przypominają koleje życia bohatera "Lalki" Bolesława Prusa, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż to właśnie on był pierwowzorem Stanisława Wokulskiego. Ten właściciel kilku wytwornych sklepów kolonialnych, usytuowanych w prestiżowych punktach stolicy, człowiek oczytany, rozpolitykowany, zaprzyjaźniony z warszawskimi księgarzami, wspomagający hojnie ubogą studiującą młodzież, rozpoczynał jako skromny subiekt w sklepie Franciszka Mentzla przy Elektoralnej. Zdolności i ogromna pracowitość spowodowały, że Mentzel, znany warszawski kupiec, bez oporów oddał mu za żonę swą córkę, Marię. Mieli pięcioro dzieci, mieszkali w pałacu na Koszykach, który był ich własnością, a został ufundowanym przez króla Stanisława Augusta, zaś od początku lat 60. XIX wieku w Pałacu Zamoyskich na Krakowskim Przedmieściu.


Właśnie z jego okien 19 września 1863 roku dokonano nieudanego zamachu na rosyjskiego namiestnika, hrabiego Berga. Policja carska aresztowała wszystkich mężczyzn mieszkających w pałacu, Leon Krupecki został więźniem X pawilonu cytadeli, podczas gdy jego żona i dzieci musieli patrzeć na brutalne plądrowanie przez Rosjan ich mieszkania, a następnie na jego dewastację i grabież. Pałac zamieszkiwało w tym czasie wiele znanych rodzin, w wyniku barbarzyńskiej akcji z okien poleciały całe biblioteki, m.in. przygotowywane do druku ilustrowane rękopisy Długosza, własność księcia Tadeusza Lubomirskiego, bezcenne obrazy i meble. To właśnie wtedy na bruk spadł fortepian Chopina (własność siostry kompozytora, Izabelli Barcińskiej). Po tym bezprzykładnym barbarzyństwie pod oknami pałacu utworzono kopiec z mebli, dzieł sztuki i pamiątek historycznych, który na rozkaz Berga podpalono.

Z innej perspektywy
W chwili gdy Leon Krupecki opuszczał Warszawę, najstarsza jego córka miała dwanaście lat, najmłodszy syn - dwa lata. Akta Sądu Wojennego zawierają następującą charakterystykę zesłańca: Jest to "człowiek mogący, dzięki swym rozległym stosunkom wywierać najbardziej szkodliwy wpływ na umysły tamtejszej ludności". Zesłany zostaje do odległych guberni "pod jak najbardziej surowy nadzór policji". W "spisie osób zesłanych do Cesarstwa" akcentuje się jego szlachectwo i zaznacza, iż "należał do liczby członków kierownictwa rewolucyjnego". Jednak śledztwo nie udowodniło osobistego udziału Leona Krupeckiego w zamachu na namiestnika. W związku z tym zesłanie nie miało charakteru bardzo represyjnego; istotą kary była rozłąka z najbliższymi.


Leon Krupecki natychmiast zamienił swój nowy dom na Syberii w czytelnię, wypożyczalnię książek, miejsce dyskusji. Pomagał też wyżywić się braciom zesłańcom poprzez zorganizowanie stołówki. Ze wszystkich jego działań na dalekiej Północy przebijała energia i żywotność człowieka, który nie zamierza stracić bezowocnie nawet jednej chwili życia i przymusową bezczynność poświęca na rozwój intelektualny. (Co nie znaczy, że z właściwą sobie inwencją i optymizmem nie przygotowywał się także do organizowania spółki, która miałaby przejąć jedną z syberyjskich kopalń złota).


W miarę jak warszawski zesłaniec poznawał realia Dalekiej Północy, rosło w nim pragnienie wyposażenia własnych dzieci w ten rodzaj wykształcenia domowego, który stanowiłby antidotum na wpływy obcej i wrogiej cywilizacji. Nie pisze w swoich listach wprost o przerażeniu, jakim napawała go rzeczywistość kraju, w którym się znalazł, jednak z listu na list - pisywał je do żony co dwa tygodnie - pogłębia się jego refleksja na temat celów wychowania i wykształcenia dzieci. Potomek historycznego rodu spojrzał na swoje życiowe zadania z perspektywy odmiennych realiów i zdołał uchwycić istotę swego ojcowskiego powołania: nie tylko zapewnienie bytu materialnego rodzinie, ale czuwanie nad tym, by wprowadzić swoich najbliższych w świat wysokiej, świadomie przeżywanej kultury duchowej.


Ten szlachcic i przedsiębiorca, człowiek czynu, dzięki półtorarocznemu zesłaniu staje się człowiekiem głęboko refleksyjnym, zastanawiającym się nad sensem swojego życia, człowiekiem, którego małżeństwo i ojcostwo inspiruje do rozeznania drogi swego życia.
Przypatrzmy się zatem jego syberyjskim odkryciom.

"Natłok uczuć zachwycał mą duszę"
"Podróż przebyłem szczęśliwie i przy dobrem zdrowiu" - pisał w pierwszym liście do żony, 18 grudnia 1863 roku, po przebyciu 3700 km przez Moskwę, Jekaterynburg, Kazań, Kirów, Perm, Kungur i Swierdłowsk.
Dla uspokojenia żony Leon Krupecki próbuje ją przekonać, że czuje się nie jak więzień, ale jak podróżnik, który ma oto niepowtarzalną okazję, by zobaczyć świat. Dochodzi do wniosku, że podróżowanie - niezależnie od okoliczności - jest rzeczą ze wszech miar korzystną i już w drugim liście z Syberii namawia żonę, by czym prędzej wybrała się z dziećmi do Drezna. Nawet lekko jej przygania: "Zasiedziałaś się w domu i dlatego z taką trudnością podróż odbywać Ci przyjdzie. Ja, co się tak raz porządnie przejechałem, wskutek tego nabrałem chęci do podróży i Ciebie do niej zachęcam" (List II bez daty).


"Od Kazania jechaliśmy na kołach po dobrej grudzie", relacjonuje 18 grudnia 1863 roku. "Dobry mróz zajrzał w oczy. Nastąpiła sanna, którą paręset mil jechałem. Przejeżdżając przez Góry Uralskie zdawało mi się, że tu dopiero odetchnąłem pełnymi piersiami. Bawiły mnie kamienie, równiny, góry i rozpadliny, natłok uczuć wydobywał się z piersi moich i zachwycał mą duszę. Poiłem się tymi wrażeniami...". W kolejnym liście przestrzega jednak żonę, by przypadkiem nie myślała o udaniu się jego śladem: "O podróży do Verchoturyi ani nie myśl, a zwłaszcza z dziećmi. Niepodobieństwo! Zmęczyć można je w ciągu drogi, a przy tem wystawić się na wiele przykrości i niebezpieczeństw, a na koniec zobaczylibyście sto kilka chałup drewnianych i okolicę bez doktora".


"Ulokowałem się u Wasila Dymitryjewicza Waryszyło", donosi. "Zajmuję w jego domu stancyjkę z przedsionkiem". "Z naszych stron jest nas tu więcej. Wizytujemy siebie nawzajem. Książki, jakie ze sobą przywiozłem, wypożyczyłem. Towarzysze moi bardzo byli mnie i książkom radzi" (List z 18 grudnia 1863 r.). W innym liście odsłania fragment życia religijnego wspólnoty zesłańców: "Jednej niedzieli, gdyśmy wszyscy zeszli się do kanonika na pacierze i modlitwę, moi towarzysze zapomnieli książki do nabożeństwa. Pożyczyli ode mnie. Aż tu przed modlitwą czytają na głos z książki mej Twoją przyganę tam wpisaną, że nie chodzę do spowiedzi. Jak powrócę, musisz mnie za to przeprosić..." (list z 10 marca 1864 r.).
Jednak Leon Krupecki stopniowo odchodzi od relacjonowania swojego życia na zesłaniu, w każdym kolejnym liście mniej jest odniesień do jego sytuacji, a coraz więcej rad, sugestii i zaleceń, jak najlepiej wychować dzieci.

"By dzieci w harmonii wzrastały"
Już w pierwszym liście zdecydowanie dopomina się, by w domu rozbrzmiewała jak najczęściej muzyka, przypominając, że życzył sobie "już od dawna, żeby która z pań guwernantek wieczorami przy fortepianie dzieciom grała i śpiewała przez małą godzinkę. Chciałbym, żeby dzieci w tej harmonii wzrastały i w uszczęśliwieniu nabierały słuchu. (...) Muzyka, śpiew, jak mówią, to jest rozmowa siostry z bratem, to unosi w nadziemskie sfery, bo to jest harmonia Boska. Te uczucia dzieciom przelać trzeba".


W kolejnym liście przypomina: "Prosiłem Cię, Maryniu, o czytanie dzieciom, śpiew i granie. Powtarzam więc i teraz, bo jak Ci wiadomo, wczesne wrażenia oddziaływają silnie na umysł i serce młode, a wiek młody do przyjęcia wrażeń zdolniejszy". Namawia żonę, by "raczyła przyjąć do pomocy zdolną nauczycielkę, Niemkę, nie zważając na to, że jest pani Bonfils [guwernantka francuska - przyp. E.P.P.], której zdolności w wybranym zawodzie odmówić nie można", która "udzielałaby lekcji muzyki i konwersacyi w niemieckim. Trzeba koniecznie postarać się o osobę dobrze wychowaną, z łagodnym usposobieniem, by dzieci nabyły zręczności w obejściu towarzyskiem i domowem, a wówczas prócz wiadomości naukowych będą miały lekcyę życia".


Zależałoby mu szczególnie na "zdolnym i systematycznym nauczycielu obdarzonym darem łatwego wysławiania się", który "umie zapładniać duszę". "Taki nauczyciel", pisze, "więcej jest wart niż wszystkie książki, albowiem jest żywą księgą, pochodnią zapalającą drugie pochodnie".
Prosi, by żona nie przejmowała się kosztami prywatnej nauki dzieci: "Nie zważaj więc na rozchód większy, ale na to, w jaki sposób dzieci nasze większą korzyść z nauk osiągnąć mogą. To przede wszystkim uważać powinniśmy za święty obowiązek rodzicielski względem dzieci", dodaje (w liście z 10 sierpnia 1864 r.), że "szczęściem dla nich nie będzie to, czy zostawimy im majątek o kilka tysięcy złotych mniej czy więcej, ale to, (...) by zwrócić ich myśli ku szlachetnym celom i doprowadzić ich talenty przez Opatrzność posiane do rozwinięcia".

"Udzielać nauki mało, ale wyborowej"
Zwraca uwagę żonie, by starannie wybierała wiersze i bajki, które mają być czytane dzieciom, powołując się na "Kalendarz dla Polek na 1863 rok", który miał ze sobą w Verchoturyi: "Uważ, moja Marysiu, jak w tym kalendarzyku powiedziano o Deotymce [chodzi o Jadwigę Łuszczewską - przyp. E.P.P.], że rodzice woleli jej udzielać mało nauki, ale wyborowej, niż obarczać jej umysł natłokiem wiadomości, czemu zawdzięcza to, że zachowała później pierwotny zapał do nauki i świeżość pamięci" (List z 18 grudnia 1863 r.).


W innym liście (z 10 czerwca 1864 r.), znając, najprawdopodobniej, żelazną konsekwencję żony w pracy z dziećmi, przypomina o konieczności mądrego w tej materii umiarkowania, zwłaszcza w odniesieniu do najmłodszych dzieci: "... obciążenie ich nadmierną nauką tamowałoby rozwój zdolności przyrodzonych, wpłynęło niekorzystnie na ich zdrowie i odstręczało od nauki. Małym dzieciom więcej potrzebna szkoła Zenona, czyli otaczanie ich ludźmi dobrze wychowanymi, rozsądna rozmowa, uwagi objaśniające, częste z niemi spacery oraz pilnowanie ich, żeby się zastanawiały nad każdą rzeczą z osobna, a tem sposobem przyzwyczają się do zatrzymywania wrażeń i znajdowania dlań własnego osądu".
Po czterech miesiącach pobytu w Verchoturyi Leon Krupecki zaczyna się mocno dopominać, by również żona zadbała o właściwe dla siebie wykształcenie: "Czytałem w "Kuryerze" [Warszawskim - przyp. E.P.P.] z 24 lutego, że opuściło prasę dzieło Eleonory Ziemęckiej pod tytułem "Kurs nauk wyższych dla kobiet", obejmujący psychologię, estetykę, pedagogikę i moralność. Ciekawe to jest dzieło, które zechciej kupić i wszystkim osobom, które się mienią być na drodze postępu daj do czytania".

"Naprzód rozwijać serce"
Powołując się na trzeci tom Hoffmanowej "Do matek polskich słów kilka o przyszłości wzrastających pokoleń przez autorkę Pierścionków Babuni", przypomina żonie, że "głównie w rękach matek spoczywają losy młodych pokoleń, zaleca [Hoffmanowa - przyp. E.P.P.] zatem starannie przewodniczyć w pierwszej porze młodości (...). Charakter w tej porze podatny jest na kształt wosku, który na sobie odbicie każdej cechy przyjmuje. Do matek należy, aby ta cecha pociechę, chlubę i nagrodę przed Bogiem przyniosła. Radzi więc wpajać łagodność charakteru i zwracać uwagę na otaczające młodych przedmioty. Zaleca się przyzwyczajać dzieci do uważania próżniactwa za wstyd, a żeby dzieci zasmakowały w codziennym godzin swych układzie. Przypomina, że bez uprzedniej uprawy rodzą się tylko ciernie i chwasty, a zbiory odpowiadają zasiewowi. Trzeba się starać naprzód rozwijać serca, a potem umysł. Zaleca sercowo kształcić córki na rozsądne matki, a synów sposobić na zdatnych i wyrozumiałych ojców dla przyszłych pokoleń".


Prosi, by żona, jako matka dbająca o dobro swoich dzieci, potrafiła je uczyć, bawiąc, "i wskazała potomstwu, jakie jest wyższe powołanie człowieka" (List z 24 marca 1864 r.). Zależy mu szczególnie na mądrym prowadzeniu córek tak, by "życie duchowe pogodzić umiały ze zwykłemi kolejami życia, jakie kobiecie z góry zakreślone". Życzy żonie, by starannie gromadziła biblioteczkę pedagogiczną - sam, nieprzerwanie, także na zesłaniu, zamawiał i kolekcjonował literaturę dotyczącą wychowania - by "poświęciła się przeczytaniu książek o wychowaniu dzieci, jakie w naszym języku egzystują, by wiedzieć, jak prowadzić te istoty, byśmy sobie w przyszłości nic do wyrzucenia nie mieli (...); często nie przez złe chęci, ale przez nieuwagę szkodę młodemu pokoleniu wyrządzić można. Zwracam więc uwagę na to: by teraz nie obałamucać swój umysł różnej treści dziełami, a przystąpić do czytania tych, które właśnie są na czasie" (List z 10 sierpnia 1864 r.). Namawia żonę, by zaopatrzyła się w "dziełko Antoniny Machczyńskiej pod tytułem 'Młoda nauczycielka' będące swego rodzaju przewodnikiem po książkach, które "mogą posłużyć do rozwijania serca i umysłu młodocianego (Jachowicza, Hoffmanowej, Dziekońskiego i Nowosielskiego)". Prosi, by żona obserwowała inne dzieci i nie bała się porównań. "Spojrzyj tylko na dzieciaki, które otaczają nasz dom i porównaj je z bujnymi niwami, które mogą wydać najobfitsze plony, jeżeli je tylko uprawa ożywi. Nie byłoż by to grzechem śmiertelnym zaniedbać starań o troskliwe wychowanie!?" Dopomina się, by dzieci pobierały lekcje tańca, ponieważ "taniec, jak powiada Kremer, uszlachetnia człowieka" (2 grudnia 1864 r.).


Leon Krupecki stał się na Syberii dojrzałym nauczycielem swoich najbliższych. Odległość i tęsknota spowodowały, że wszystko widział ostrzej, a jego wrażliwość i horyzonty umysłowe - mimo pozorów pewnej naiwności (był samoukiem) - sprawiły, że problemy rodzinne umiał uszeregować w odpowiedniej hierarchii ważności.
"Człowiek jest surowym materyałem, z którego wychowanie albo arcydzieło, albo potwora zrobić może", pisał do żony. "Przyjemnie jest mi wiedzieć, że czujesz ważność tych zatrudnień. Gdybyż się tak wszędzie działo, to wpłynęłoby to na szczęście rodzin, a przez rodziny na Naród" (List z 6 maja 1864 r.).

"Cywilizacji, bracie..."
Jakie doświadczenia syberyjskiej zimy mogły spowodować rozwój tak wszechstronnej troski o właściwy kształt wychowania i edukacji dzieci?
Ze względu na cenzurę opis realiów miejsca jest powściągliwy. Wierchoturie, jak informuje autor swojego ojca w liście z 23 grudnia 1864 r., "leży między nieprzebytymi lasami, pełnymi w lecie trzęsawisk i bagien, bez dróg, a w zimie, wskutek wielkiej obfitości śniegu i mrozów niedostępnych takoż. Tereny te dotychczas nie są dokładnie wymierzone i zbadane. Z polecenia Rządu znaczna ilość ludzi wyrębuje w tych lasach drogi w rozmaitych kierunkach dla zbadania miejscowości". Żaden z przejawów prymitywizmu cywilizacyjnego nie uchodzi uwadze korespondenta z Dalekiej Północy. "W tych stronach ludziska żyją z dnia na dzień. (...) Nie dostrzegam w nich tego poczucia i zamiłowania do pracy i nauk, co by ich byt ulepszyć mogło. Długa i mroźna zima przyzwyczaja ich do bezczynności, a tę zarazę po większej części zachowują i na lato i trwa niemal ciągłe dolce far niente. Każden z tutejszych mieszkańców zazwyczaj po obiedzie sypia, potem pochodzi trochę, wypije coś rozweselającego i znowu do łóżka. W porze przedobiedniej mają więcej zatrudnienia, bo trzeba myśleć o jedzeniu. Każden z obywateli ma kilka dziesięcin ziemi i to stanowi całe jego utrzymanie".


"Możeś ciekawy, czego tu brakuje?", pisał w liście z 3 czerwca 1864 roku do zaprzyjaźnionego księgarza i wydawcy warszawskiego, pana Józefa. (Jego nazwisko jest nieustalone). "Cywilizacji, bracie, cywilizacji. Cóż ci więcej pisać, poetyzować nie umiem...". Namawia go przy tej okazji usilnie, żeby przygotował do druku "jakieś wydawnictwo o estetyce, czyli o wychowaniu człowieka". Ma też dla niego propozycję zgoła nieoczekiwaną, namawia, by do jednego z wierszy "naszego wieszcza Lenartowicza" skomponować poloneza i wydać wraz z portretem poety. "A wszak korzyść z tego byłaby dubeltowa; primo: utrwalenie pamięci poety w następnych pokoleniach, secundo: to, że wydatne rysy i szlachetność czoła utrwalone w wizerunku poety mogłyby wpływać na kobiety wydające na świat potomstwo, jako to zdaje się u Rzymian praktykowano".


Jedyną rozrywką mieszkańców miasta jest wódka. "Teraz robi się tutaj to, co u nas kasują, np. od przyjazdu mego powiększyło się miasteczko o kilka szynków", zauważa zesłaniec. "Rzuca się w oczy, że mimo nabożeństw, jakie odbywają się w cerkwiach, wszystkie czynności w niedzielę i święta tak samo się odbywają jak w dni powszednie; rąbią, wożą, młócą". Leon Krupecki z buchalteryjną ścisłością odnotowuje również, że obfitości kopalń złota - a jest ich w powiecie wierchoturskim sześćdziesiąt - towarzyszy "trzynasta część przestępstw kryminalnych, jakie w całej Rosji popełniono". Nie omieszka też wspomnieć, że nawet w tak dochodowej dziedzinie, jaką są kopalnie złota "większa część poszukiwaczy potraciła". Gdy sam powziął projekt utworzenia kompanii i zamierzał "złożyć prośbę o pozwolenie wzięcia rządowej kopalni złota, które Rząd w przyszłym roku rozdawać zamierzył", nie znalazł wśród miejscowych ludzi godnych zaufania. "Przekonałem się", pisze w liście do ojca, "że nad każdym trzeba by wiele pracy, by stał się chętnym ku temu".
"A na koniec dowiedziałem się, że nam, zesłańcom, nie wolno się tutaj niczem zajmować".

"Jeżeli je tylko uprawa ożywi"
Jednak w zakresie możliwości, jakie stwarzały dość poprawne stosunki z miejscową ludnością, starał się sprzyjać, jak pisze, "rozwojowi cywilizacji". "Ja, gospodarza, u którego mieszkam, nauczyłem, jak sery z kwaśnego mleka robić, czego tu nie znali. (...) Memu gospodarzowi kazałem zrobić siekacz do kapusty na sposób galicyjski, za co mnie tak serdecznie ucałował, że aż mi twarz swoją brodą umorusał".


Polscy zesłańcy uczyli tutejszych włościan i rzemieślników m.in. sporządzania nowoczesnych i bardziej wydajnych narzędzi rolniczych, nowoczesnych technik koszenia. Ze zgrozą natomiast przypatrywali się, jak "zboża wszelkiego rodzaju zebrane z pola, bez przykrycia, na całą zimę zostawiają na polu, w dziwacznych stertach, kiepsko złożonych. W całej Verchoturyi ani jednej stodoły nie ma, gdzie by zboże składali nieco omłócone. (...) Plew ani śmiecia nie zbierają, bo to wszystko idzie z wiatrem". "Inwentarz stajenny, przez całą zimę, mimo wielkich mrozów, trzymają pod gołym niebem. Trudno aż dać wiarę, że krowy na trzydziestu kilku stopniach mrozu wytrzymują i jeszcze mleko dają".
Najprawdopodobniej obserwacje prymitywizmu życia i braku kultury mieszkańców miasteczka skłaniały autora do gorącego propagowania kultury także wśród służby domowej i nauczycieli zatrudnionych w pałacu Krupeckich, zwanego Koszykami. Pani Kaczkowskiej, która była tu gospodynią, Leon Krupecki pisał w liście z 22 kwietnia 1864 r., by "zajęła się czytaniem książek i pracą nad muzyką". Prosi ją, by czytała "Wychowańca 19 wieku", powieści Korzeniowskiego, Kraszewskiego, Rzewuskiego.
Pana Józefa, nauczyciela syna Leopolda, zachęcał, by oprócz prawa studiował jeszcze filozofię. Specjalnie dla niego wysłał z zesłania "numer gazety, w którym jest ciekawa rozprawa pod tytułem "O sztuce mówienia przed publicznością"".


"Porządek to jest wielka misja"
Nieład syberyjskiego miasteczka i niechlujstwo tutejszej gospodarki skłaniają Leona Krupeckiego do częstego upominania dzieci - za pośrednictwem matki - do utrzymywania porządku we własnych pokojach: "... życzyłbym sobie, żeby służąca w dziecinnym pokoju rzadko co miała do sprzątania. Dzieci niech sobie same ścielą, zmiotą, poczyszczą trzewiczki i sukienki, ubiorą i uczeszą, a tym sposobem, gdy wszystko wokół siebie zrobią, to wywoła ich samodzielność i da im poznać ich własną godność. Tak przez pracę nabędą zdrowia i przyzwyczają się do porządku wokół siebie i w domu, porządku, któren jest filarem gospodarstwa domowego. Potrzebny wszędzie i we wszystkich klasach społecznych.(...) Porządek to jest wielka misja, którą człowiek winien spełniać wokół siebie i w sobie, a do nabycia tej nauki najlepszym jest wiek młodociany".
Bezczynność, w jakiej żyją mieszkańcy Syberii, każe też Leonowi Krupeckiemu zachęcać swoje dzieci do drobnej choćby pracy: "Dziutce i Helce żelazka mosiężne obstalować proszę, mniejsze i większe z duszami. Dla lalek niech piorą, szyją i haftują, ale porządnie. Niech przy tej zabawie mają naukę" (List z 22 kwietnia 1864 r.). W innym zaś miejscu wyjaśnia, że "za pierwszy obowiązek domowy" uważa, "by damy znały się na porządku i kuchni". A następnie stwierdza: "Praca odbiera sposobność do czynienia złego i myśli odsuwa od złych namiętności. Kto rozumie pracę, ten jest samodzielnym zawsze i wszędy".

"Poczynam bytu duchowego..."
Autor tej korespondencji nie był ambicjonałem i nie miał wygórowanego mniemania o swojej wiedzy i zdolnościach ("W mojej głowie jak w norymberskim sklepie, wszystkiego po trochu, a nic doskonałego", żartował w liście do ojca z 23 grudnia 1864 r.). Był natomiast człowiekiem, który - mimo niemłodego wieku - chciał i lubił się uczyć. Z pokorą przyjął wygnanie jako oderwanie się od rutyny codzienności, w której był tak bardzo, może nawet nadmiernie, skupiony na pracy zawodowej ("Jak z jednej strony przykrem mi jest oddalonym od Ciebie, dzieci i familii, tak z drugiej strony doświadczyłem, że wypoczynek dla mnie był konieczny", pisał 10 marca 1864 r.). Zauważył, że dana została mu szansa.
"Próbowałem przez lata bytu materialnego", pisał do żony 10 sierpnia 1864 r., "a teraz poczynam próbować bytu duchowego. Porównuję to i pytam sam siebie, czy byłem szczęśliwy? Widać Bóg człowieka próbuje, doświadcza, dając mu w życiu chwile zastanowienia i zorientowania się w sobie samym".
W liście (z 6 maja 1864 r.) zwierza się: "...pobyt mój w Verchoturyi nazwać mogę rekolekcjami".


Warto wreszcie wspomnieć, że przez cały czas pobytu w Wierchoturiach towarzyszyła mu mała wspólnota wygnańców. W domu, który wynajął, oddał bezpłatnie kilka pomieszczeń niezamożnym ośmiu przybyszom z Litwy i dwóm z Warszawy.
"Wśród nich jest jeden dorożkarz Piotr Muczyński, a drugi szewc Piotr Urbański. Pierwszemu daję co dzień na życie, drugiemu kupiłem kopyta, szydła, prawidła, któren robi buty dla zesłanych do Verchoturyi, a których w tem miasteczku jest do czterdziestu osób". Naczynia kuchenne, w które się na miejscu zaopatrzył, oddał pod dozór kucharza, także zesłańca, "któremu płacę złotych 22 na miesiąc pensyi. Za to gotuje obiady, co się zowie (...) na trzy osoby, gdyż oprócz kucharza mieszka ze mną profesor Jerzy Żebenko z guberni mochilewskiej, z miasta Górek". Po sąsiedzku zaś mieszka "Marszałek Tukało [marszałek powiatowy wileński], jest to człowiek światły i powszechnie poważany. Grywamy w bezika i odwiedzamy się nawzajem" (List z 14 lipca 1864 r.).


"Żyje się tu oszczędnie", pisał 2 grudnia 1864 r., "ale cóż... Jednemu trzeba dać na lekarstwo i doktora, drugiemu pożyczyć na nieoddanie, trzeciego żywić bezpłatnie, innemu dać zasiłek, gdy przychodzi z drogi i karmowego nie dostanie (...) Słowem, robi się to, co obowiązek ludzki nakazuje..."
Kiedy Leon Krupecki zwierza się w swoich listach żonie, iż chciałby, "aby nasze dzieciaki tak wychować, żeby sobie zawsze, w szczęściu czy w nieszczęściu dały radę" (List z 18 grudnia 1863 r.), "żeby były kontente z siebie i ze świata, by kochały życie i (...) nauki, jakie będą nabywać, umiały na chlubę i pożytek ludzkości obrócić", to domyślamy się, że doświadczenie surowego życia, wśród ludzi jeszcze ciężej doświadczonych niż on sam, w nieprzychylnym otoczeniu, miało niebagatelny wpływ na zrozumienie obowiązków stanu, potraktowanie swego ojcostwa z większą powagą i wyobraźnią. Ze świadomością, że nikt i nic nie zwolni go z odpowiedzialności przed Bogiem za właściwe wychowanie potomstwa.
Najprawdopodobniej 31 stycznia 1865 roku Leon Krupecki opuścił Wierchoturie i z końcem lutego dotarł do Warszawy, gdzie, jak odnotowują jego biografowie, Elżbieta (prawnuczka L. Krupeckiego) i Adam Jakaccy, "z nieprzeciętną energią odbudował świetność swojej firmy" i jeszcze przez jedenaście lat cieszył się szczęściem rodzinnym.


Ewa Polak-Pałkiewicz


Korzystałam z "Listów zesłańca na Sybir 1863-1865" Leona Krupeckiego, opracowanych przez Elżbietę i Adama Jakackich i wydanych własnym sumptem w Tarnowie w 1998 roku. W tym miejscu serdecznie dziękuję Państwu Jakackim za udostępnienie mi swojej pracy.
Dodać wypada, że prapraprawnuczka Leona Krupeckiego, 14-letnia Marysia Orzeł, jest utalentowaną pianistką, laureatką wielu konkursów pianistycznych w Polsce i za granicą.

Fragment wykładu wygłoszonego w czasie sesji pt. "Ziemianie w podróży", zorganizowanej w dniach 8-11 października 2008 r. przez Muzeum Zamoyskich w Kozłówce.